czwartek, 15 marca 2012
"Siła" byłego senatora
Są kolejne unijne pieniądze na rewitalizację starówki ..... w Sieradzu. Urząd Marszałkowski w Łodzi przyznał dofinansowanie ( czytaj ; kolejna transza ) w wysokości ponad 23 milinów złotych. Zadziwiające ! I tak bez udziału MT ? Trzy lata starania naszego parlamentarzysty, przynajmniej tak to wygląda z jego relacji, trzy lata konstruktywnych rozmów, uruchamiania wszystkich sprzymierzeńców i odpierania ataków nie sprzymierzeńców. Odtrąbiony sukces - jest dofinansowanie w wysokości 12 mln zł. To smutne ale wydaje się, że był to zwykły przypadek, dotacja na odczepnego i gdyby nic nie zrobił to może byłoby tyle samo ? A może więcej ? No jeśli taki posłuch nasz dzielny, choć były parlamentarzysta ma także u ministra sprawiedliwości to należy się liczyć z kolejnym spektakularnym sukcesem; sąd zostanie w Zduńskiej Woli, tylko ..... zarząd będzie w Łasku. A co z tą tak pamiętną, błyskotliwą konferencją prasową ? Też zostanie .... w naszej pamięci !
Ps. Czy ja już pisałem coś o hipokryzji ?
Wszystkiego dobrego
Świstak
piątek, 9 marca 2012
Na każdy temat...
Za nim się wypowiemy publicznie na jakiś temat, dobrze byłoby choć trochę zaczerpnąć wiedzy, choćby z internetu, aby to co mówimy było klarowne, a co najważniejsze nie ośmieszało nas. Pan Andrzej Brodzki jest gotów, w każdej chwili, wypowiedzieć się na każdy temat, ot człowiek renesansu. Oświata – proszę bardzo, inwestycje – a jak najbardziej, sprawy społeczne – a czemu nie ! Ostatnio w TV Centrum, poruszył sprawę szpitala. I co się dowiedzieliśmy ? Ano , że szpital to nie fabryka gwoździ ! No także nie fabryka makaronu Panie Andrzeju. Że nie zgadza się na prywatyzację bo się nie zgadza. Po jego sukcesach zawodowych trudno się dziwić, że ma sceptyczny stosunek do prywatnych firm. Zastanawiam się jednak czy Pan Brodzki, czytał ustawę, czy znane jest mu pojęcie komercjalizacji, czy znane jest mu jakiekolwiek pojęcie z zakresu zarządzania i przekształceń. Mam wątpliwości, ale ponieważ ja nie jestem wszechwiedzący więc pewnie się mylę. A czy jeśli już coś czyta, to czy ze zrozumieniem? Troszkę Pan przekręcił mówiąc o 114 szpitalach skomercjalizowanych, bo to 1/3 z nich ma jeszcze problemy a pozostałe nie, a nie odwrotnie jak Pan był łaskawy zakomunikować. Być może tylko matematyka jest Pana słabą stroną. No cóż, bądźmy łaskawi nikt nie jest doskonały ( jak mówią Anglicy : nobody is perfect ). A swoją drogą doradzając Staroście dopłacenie do szpitala, znany jest Panu budżet* Powiatu i jego struktura ?
*) Budżet samorządowy -jest rocznym planem dochodów i wydatków oraz przychodów i rozchodów danej jednostki samorządowej. Tak na wszelki wypadek .
Życzę zdrowia
Świstak
*) Budżet samorządowy -jest rocznym planem dochodów i wydatków oraz przychodów i rozchodów danej jednostki samorządowej. Tak na wszelki wypadek .
Życzę zdrowia
Świstak
Zapiski reemigranta cd.
No i stało się! Chciałem żeby te poprzednie zapiski były lekkie, łatwe i przyjemne. Wyszły ciężkie i czarne jak gradowa chmura. A przecież jestem pogodnym i pełnym pozytywnej energii człowiekiem. Dlatego co drugi odcinek będę pisał o innej Ameryce .
Dzisiaj Las Vegas. Ale nie Las Vegas z broszur i filmów, ale widziane okiem turysty. Spędziłem tam z żoną 8 dni i przybyłem w tym czasie 4 kg (słownie cztery kilogramy). Jak to się stało? Już wyjaśniam. W tym mieście, jak wszędzie jest jedzenie dla bogatych i dla całej reszty. Nie stać mnie było na obiady ala carte, gdzie obiad zaczyna się od 800$, a butelka wina - od 1200$. To wykluczało moją obecność w ekstra lokalach. Ale oprócz nich są jeszcze hotelowe bufety dla „szarych turystów”. Można tam zjeść za 10-20$. A przy tej przyzwoitej cenie jaka różnorodność! W każdym hotelu jest inny zestaw, a każdy zestaw to czasem nawet setka potraw! Spróbujcie teraz każdej z nich i macie wytłumaczenie gwałtownego przyrostu wagi. Jak do tego dołożymy łakomstwo... Uff, dobrze, że skończyło się na 4 kg…
Różnorodność hoteli i tego, co oferują jest ogromna. Mnie najbardziej utkwił w głowie RIO, który za kilkadziesiąt dolarów oferuje wszystko, co pływa w morzach. Kraby, homary, krewetki, ośmiornice i inne kałamarnice - innymi słowy delicje. Każdy hotel jest inny. Grand MGM, w którym mieszkałem był największy. Mogło się w nim pomieścić 5000 turystów. Nie było w nim zbyt wiele atrakcji, poza kasynem, przez które prowadzi wejście do każdego hotelu. Chcecie więcej atrakcji? Proszę bardzo! Wystarczy pójść na ”Fremont Street“, ulicę pełną sklepów, kasyn, przykrytą dachem imitującym niebo. W Stratosphere, w obrotowej restauracji możecie spróbować za darmo prawdziwego szampana i pojeździć roller coasterem. Tylko musicie uważać, bo wagoniki na wysokości 100 metrów wylatują na zewnątrz! Oszczędzę Wam opisu, jak się wtedy czułem… A może chcecie przenieść się w kilka chwil do Włoch? To także możliwe. W hotelu Venetian odtworzono w skali 1:1 plac św. Marka. Można nawet popływać gondolą. A może Rzym? Ależ proszę. Wystarczy wejść do hotelu Caesars, aby przenieść się w czasie, dzięki wystrojowi i strojom z czasów rzymskich. Tam kupiłem plakaty polskiego malarza Rafała Olbińskiego. Widziałem też Bellagio z fantastycznymi fontannami i podwodnym cyrkiem, gdzie można zobaczyć pokazy pięknych dziewcząt, w mocno niekompletnych strojach kąpielowych. Byłem w Eiffel Tower z wieżą, oczywiście pomniejszoną, francuską kuchnią, koniakami (których lampka kosztuje nawet 160$) i teatrem, gdzie sześć skąpo ubranych tancerek daje niezapomniane spektakle. W kolejnym Flamingo zobaczyłem prawdziwe flamingi i pokazy magików. A w hotelu Luxor - odtworzony grobowiec Tutenhamona. Wszystko, co się tam znajdowało, przygotowano we współpracy z muzeum w Kairze.
Na tym koniec, bo dawno przekroczyłem Waszą cierpliwość i limit, który toleruje administrator tej strony. Gdybym wiedział, że będziecie o tym czytać późnym wieczorem, dodałbym jeszcze coś o atrakcjach dla męskiej części czytelników. Ale trochę boję się reakcji pań. Zatem - sza!
Andrzej Minkiewicz
Dzisiaj Las Vegas. Ale nie Las Vegas z broszur i filmów, ale widziane okiem turysty. Spędziłem tam z żoną 8 dni i przybyłem w tym czasie 4 kg (słownie cztery kilogramy). Jak to się stało? Już wyjaśniam. W tym mieście, jak wszędzie jest jedzenie dla bogatych i dla całej reszty. Nie stać mnie było na obiady ala carte, gdzie obiad zaczyna się od 800$, a butelka wina - od 1200$. To wykluczało moją obecność w ekstra lokalach. Ale oprócz nich są jeszcze hotelowe bufety dla „szarych turystów”. Można tam zjeść za 10-20$. A przy tej przyzwoitej cenie jaka różnorodność! W każdym hotelu jest inny zestaw, a każdy zestaw to czasem nawet setka potraw! Spróbujcie teraz każdej z nich i macie wytłumaczenie gwałtownego przyrostu wagi. Jak do tego dołożymy łakomstwo... Uff, dobrze, że skończyło się na 4 kg…
Różnorodność hoteli i tego, co oferują jest ogromna. Mnie najbardziej utkwił w głowie RIO, który za kilkadziesiąt dolarów oferuje wszystko, co pływa w morzach. Kraby, homary, krewetki, ośmiornice i inne kałamarnice - innymi słowy delicje. Każdy hotel jest inny. Grand MGM, w którym mieszkałem był największy. Mogło się w nim pomieścić 5000 turystów. Nie było w nim zbyt wiele atrakcji, poza kasynem, przez które prowadzi wejście do każdego hotelu. Chcecie więcej atrakcji? Proszę bardzo! Wystarczy pójść na ”Fremont Street“, ulicę pełną sklepów, kasyn, przykrytą dachem imitującym niebo. W Stratosphere, w obrotowej restauracji możecie spróbować za darmo prawdziwego szampana i pojeździć roller coasterem. Tylko musicie uważać, bo wagoniki na wysokości 100 metrów wylatują na zewnątrz! Oszczędzę Wam opisu, jak się wtedy czułem… A może chcecie przenieść się w kilka chwil do Włoch? To także możliwe. W hotelu Venetian odtworzono w skali 1:1 plac św. Marka. Można nawet popływać gondolą. A może Rzym? Ależ proszę. Wystarczy wejść do hotelu Caesars, aby przenieść się w czasie, dzięki wystrojowi i strojom z czasów rzymskich. Tam kupiłem plakaty polskiego malarza Rafała Olbińskiego. Widziałem też Bellagio z fantastycznymi fontannami i podwodnym cyrkiem, gdzie można zobaczyć pokazy pięknych dziewcząt, w mocno niekompletnych strojach kąpielowych. Byłem w Eiffel Tower z wieżą, oczywiście pomniejszoną, francuską kuchnią, koniakami (których lampka kosztuje nawet 160$) i teatrem, gdzie sześć skąpo ubranych tancerek daje niezapomniane spektakle. W kolejnym Flamingo zobaczyłem prawdziwe flamingi i pokazy magików. A w hotelu Luxor - odtworzony grobowiec Tutenhamona. Wszystko, co się tam znajdowało, przygotowano we współpracy z muzeum w Kairze.
Na tym koniec, bo dawno przekroczyłem Waszą cierpliwość i limit, który toleruje administrator tej strony. Gdybym wiedział, że będziecie o tym czytać późnym wieczorem, dodałbym jeszcze coś o atrakcjach dla męskiej części czytelników. Ale trochę boję się reakcji pań. Zatem - sza!
Andrzej Minkiewicz
wtorek, 6 marca 2012
List do .....P
List, jaki by nie był musi mieć określonego adresata i cel. Musi nosić choćby znamiona informacji na którą wiemy, że adresat czeka. I najważniejsze, powinien być podpisany przez tego co list pisze lub dyktuje.
Nie czekałem na ten list. Nie dowiedziałem się z niego niczego o czym bym nie wiedział, a mój negatywny stosunek do włodarza Zduńskiej Woli i jego Guru, raczej się umocnił. List odwołuje się do referendum i słusznie. Odwołany w referendum prezydent chciał postawić sobie pomnik w postaci fontann i wirtualnych budowli. Czym różni się obecny ? Niczym ! Buduje ratusz- pomnik choć nie dla siebie a dla swojego Guru, oparty na wirtualnie wyliczonych kosztach.
A co ma Piotr Niedźwiecki wspólnego z budową McDonald's ? Otóż tyle samo co każdy mieszkaniec naszego miasta z budową Stadionu Narodowego. Emocje jedynie ! No może wcześniej niż my, mając niechybnie znacznie więcej wolnego czasu, przeczytał o tym w gazecie nad którą spędza większość pracowitego dnia.
I na koniec, wszyscy wiemy kto jest prawdziwym inspiratorem tego listu. Widać jego pokłady hipokryzji* są niewyczerpane. Podpisu nie złożył. A , że niezwykle "skromny" tylko wspomniał o sobie. Dobry Pan .
PS. Budowa budynku komunalnego to raczej Piotrze nie twoja zasługa. A czy coś z twoich zasług zostało pominięte? I to jest pytanie do mieszkańców Zduńskiej Woli.
*) Hipokryzja - udawanie serdeczności, szlachetności, religijności, zazwyczaj po to, by wprowadzić kogoś w błąd co do swych rzeczywistych intencji i czerpać z tego własne korzyści . ( z Wikipedia )
Z życzeniami zdrowia
Świstak
Nie czekałem na ten list. Nie dowiedziałem się z niego niczego o czym bym nie wiedział, a mój negatywny stosunek do włodarza Zduńskiej Woli i jego Guru, raczej się umocnił. List odwołuje się do referendum i słusznie. Odwołany w referendum prezydent chciał postawić sobie pomnik w postaci fontann i wirtualnych budowli. Czym różni się obecny ? Niczym ! Buduje ratusz- pomnik choć nie dla siebie a dla swojego Guru, oparty na wirtualnie wyliczonych kosztach.
A co ma Piotr Niedźwiecki wspólnego z budową McDonald's ? Otóż tyle samo co każdy mieszkaniec naszego miasta z budową Stadionu Narodowego. Emocje jedynie ! No może wcześniej niż my, mając niechybnie znacznie więcej wolnego czasu, przeczytał o tym w gazecie nad którą spędza większość pracowitego dnia.
I na koniec, wszyscy wiemy kto jest prawdziwym inspiratorem tego listu. Widać jego pokłady hipokryzji* są niewyczerpane. Podpisu nie złożył. A , że niezwykle "skromny" tylko wspomniał o sobie. Dobry Pan .
PS. Budowa budynku komunalnego to raczej Piotrze nie twoja zasługa. A czy coś z twoich zasług zostało pominięte? I to jest pytanie do mieszkańców Zduńskiej Woli.
*) Hipokryzja - udawanie serdeczności, szlachetności, religijności, zazwyczaj po to, by wprowadzić kogoś w błąd co do swych rzeczywistych intencji i czerpać z tego własne korzyści . ( z Wikipedia )
Z życzeniami zdrowia
Świstak
LIST OD PREZYDENTA
Dziś dostałam powiadomienie o wysokości podatku od nieruchomości. A do powiadomienia załączony był list od prezydenta (list od prezydenta miasta, jako załącznik do informacji o podatku - sic!). A w nim tyle dokonań obecnej władzy, że aż dech zapiera. I oczywiście pochwała dla byłego senatora. Musiałam szczypnąć się w łokieć, żeby mieć pewność, że mi się nie śni. Bo jak jest - widzę. A to co widzę - nie napawa optymizmem. A z listu wieje nawet nie optymizm, ale bezbrzeżne szczęście z dokonań władzy. Miałam dylemat, czy ja jestem przy zdrowych zmysłach, czy Ci, co przygotowali ten list? Aż musiałam wziąć tabletkę...
Zduńskowolanka
Zduńskowolanka
sobota, 3 marca 2012
Wiosenne przesilenie...
Porą roku, która zazwyczaj najbardziej mi się dłuży jest zima. Organizm zaczyna odczuwać nowy, wiosenny rytm. Ale zanim się do niego dostosuje, mam różne nieprzyjemne objawy – osłabienie, chwiejne nastroje, rozdrażnienie… Próbuję sobie tłumaczyć, że to tylko wiosenne przesilenie, ale mam nieodparte wrażenie, że większy wpływ na mój nastrój ma to, co dzieje się w mieście. Aż się chce zacytować modnego blogera: „Gdzie ja żyję ?? Co to za kraj ?? Co za ludzie ??”
Powołano nowego prezesa MSC. Piękny. Typ macho. W słowniku slangu i mowy potocznej jest określenie, że macho to: "chłopak, który się niczego nie boi." No bo czego ma się bać? „Ma niezwykle bogate doświadczenie, co jest ogromnym kapitałem dla funkcji, która została mu powierzona". Wykorzysta ten kapitał, żeby „wzmocnić majątek miasta związany w Miejskimi Sieciami Cieplnymi". „Nie zamierza wykonywać rewolucji w spółce, chciałby dokonać ewolucji”. Nowemu Prezesowi wyjdą pewnie nawet największe ewolucje – wszak ma specjalność z wychowania fizycznego. A jakby co może zawsze „wykorzystać doświadczenie, jakim dysponuje były już prezes”. „Musi się tylko zapoznać ze strukturą spółki”, „zmaksymalizować zyski” i „wyprowadzi Miejskie Sieci Cieplne na prostą”…Jeśli to zrobi z takim zapałem, z jakim rozpalał ogień na Wyprawie Robinsona – to ho! ho!
Kilka dni temu pracownicy sądu, przedstawiciele starostwa i radni gmin należących do powiatu wzięli udział w pikiecie w obronie naszego sądu. Co prawda niektórzy sugerowali, że nie wszyscy wiedzą przeciw czemu protestują, ja jednak myślę, że to niemożliwe. Tyle zacnych osób – musieli wiedzieć. Jednym z uczestników protestu był wiceprezydent miasta. On na pewno wiedział… Szkoda tylko, że nikt mu nie powiedział, że niepotrzebnie (że szkoda tych pieniędzy wydanych na podróż i na pensje tych co pojechali w ramach delegacji) pojechał! Zanim wrócił, jego szef w towarzystwie Marka Trzcińskiego zorganizował konferencję, na której powiedział, że sąd będzie ocalony. Rano wysyła swojego zastępcę na protest, a po kilku godzinach ogłasza sukces. Zaiste „siła sprawcza”, „zaangażowanie” i „możliwości wykorzystania kontaktów, które zdobył” nasz były parlamentarzysta – powinny budzić podziw. I tempo w jakim udało mu się „przekonać osoby, które będą podejmować ostateczne decyzje dotyczące likwidacji sądów”. Czemu więc tego podziwu nie ma? Czemu pojawia się oburzenie na zmiany prawa - po znajomości? Widocznie nie zawsze cel uświęca środki!
Wiecie, co mnie pociesza? Niedługo przyjdzie wiosna!!! Jak trzeba – poczekam na nią do nowych wyborów… ALE W KOŃCU PRZYJDZIE!!!
Poczekam…
Zapiski reemigranta
Gdy 30 lat temu przybyłem w ramach emigracji solidarnościowej do U.S.A. jedyne, co wiedziałem to to, że prezydentem jest Regan . A znajomość języka angielskiego zamykała się w słowach yes i no. Poznanie kilku słówwięcej pozwoliło mi zacząć poznawać sytuację w Bridgewater, w stanie New Jersey - gdzie mieszkałem 21 lat - a przez to i w U.S.A. Mam tyle do przekazania. W kolejnych zapiskach dokonam kilku porównań, nie zawsze wypadających na korzyść którejś ze stron.
Pierwsze dotyczy partii i polityki, czyli tematów, na których za wyjątkiem medycyny wszyscy znamy się najlepiej . W mieście od wczesnych lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, aż do 2004 r. rządy sprawował mayor (prezydent) Dowden - demokrata, natomiast prawie cała rada składała się z republikanów. Różnice poglądów nie przeszkadzały w dobrym zarządzaniu miastem. Zawsze czynnie uczestniczę w życiu lokalnej społeczności, dlatego tak jak teraz w Zduńskiej Woli, również tam brałem udział w township council (sesjach rady miejskiej), często zabierając głos. Byłem członkiem partii republikańskiej . W czasie sesji rady nigdy z żadnych ust nie padła uwaga o przynależności do partii lub frakcji. Moje wystąpienia nie były przedmiotem kąśliwych uwag, ani nie były przerywane przez przewodniczących rady. Więcej, nawet moja uboga i nie gramatyczna angielszczyzna nie prowokowała do kpin. Zawsze otrzymywałem odpowiedzi na swoje wystąpienia, a ich tematem było tak jak i tu miasto, nie jedna ulica, czy dzielnica, ale całe miasto. Zupełnie inaczej wygląda to w czasie posiedzeń sesji w Zduńskiej Woli. Tutaj jestem członkiem Platformy Obywatelskiej. Moje wystąpienia są przerywane, zwłaszcza przez radnych 3P oraz Forum Dobrej Woli. Uwagi dotyczące mojej przynależności politycznej nagminnie czyni przewodniczący PiS radny Kolęda,
ale nie tylko on. A przecież to co mówię powinno być wysłuchane. Jestem mieszkańcem Zduńskiej Woli i chciałbym aby moje miasto było moją dumą. Nie odwrotnie. Dlatego póki „coś mnie boli w Zduńskiej Woli” – będę o tym mówił.
Kilka słów o Bridgewater: liczy ok. 45 tys. mieszkańców, ma 84 km2 i tylko 5 (słownie: pięciu) radnych. Co dwa lata wymienia się dwóch lub trzech radnych, żeby procesy zarządzania nie ulegały zmianom . Bardzo bym chciał, żeby taka sytuacja była w moim mieście Zduńskiej Woli. Niestety, żadna z partii tworzących prawo w naszym kraju nie ma takiej woli politycznej .
Już na marginesie: w USA nie tylko czynnie uczestniczyłem w sesjach rady, pisałem też do kongresu i do Białego Domu (White House) w Waszyngtonie. Pisałem o różnych sprawach ,o języku urzędowym, o społeczeństwie. Zawsze otrzymałem odpowiedź. Choć moje wystąpienia często były krytyczne, nie miałem poczucia odrzucenia. Dzięki mojej aktywności otrzymywałem zaproszenia na inaugurację prezydencką, a nawet zostałem zaproszony na obiad z prezydentem Bushem . Tutaj wygląda to trochę inaczej. Nie chcę biernie przyglądać się temu, co nurtuje mnie w Polsce. Dlatego swoimi przemyśleniami dzieliłem się pisząc do kilku posłów z różnych partii. Niestety - bez słowa odpowiedzi.
To tyle na pierwszy raz, w następnych zapiskach chcę przekazać informacje i porównać sprawy: pracy i emerytur, prawa i policji, osiedli, czystości, oświaty i szkół, służby zdrowia, a na sam koniec wspomnę jak doszło do mojego wyjazdu .
Zduńska Wola, 2 marzec 2012r.
Andrzej Minkiewicz
Pierwsze dotyczy partii i polityki, czyli tematów, na których za wyjątkiem medycyny wszyscy znamy się najlepiej . W mieście od wczesnych lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, aż do 2004 r. rządy sprawował mayor (prezydent) Dowden - demokrata, natomiast prawie cała rada składała się z republikanów. Różnice poglądów nie przeszkadzały w dobrym zarządzaniu miastem. Zawsze czynnie uczestniczę w życiu lokalnej społeczności, dlatego tak jak teraz w Zduńskiej Woli, również tam brałem udział w township council (sesjach rady miejskiej), często zabierając głos. Byłem członkiem partii republikańskiej . W czasie sesji rady nigdy z żadnych ust nie padła uwaga o przynależności do partii lub frakcji. Moje wystąpienia nie były przedmiotem kąśliwych uwag, ani nie były przerywane przez przewodniczących rady. Więcej, nawet moja uboga i nie gramatyczna angielszczyzna nie prowokowała do kpin. Zawsze otrzymywałem odpowiedzi na swoje wystąpienia, a ich tematem było tak jak i tu miasto, nie jedna ulica, czy dzielnica, ale całe miasto. Zupełnie inaczej wygląda to w czasie posiedzeń sesji w Zduńskiej Woli. Tutaj jestem członkiem Platformy Obywatelskiej. Moje wystąpienia są przerywane, zwłaszcza przez radnych 3P oraz Forum Dobrej Woli. Uwagi dotyczące mojej przynależności politycznej nagminnie czyni przewodniczący PiS radny Kolęda,
ale nie tylko on. A przecież to co mówię powinno być wysłuchane. Jestem mieszkańcem Zduńskiej Woli i chciałbym aby moje miasto było moją dumą. Nie odwrotnie. Dlatego póki „coś mnie boli w Zduńskiej Woli” – będę o tym mówił.
Kilka słów o Bridgewater: liczy ok. 45 tys. mieszkańców, ma 84 km2 i tylko 5 (słownie: pięciu) radnych. Co dwa lata wymienia się dwóch lub trzech radnych, żeby procesy zarządzania nie ulegały zmianom . Bardzo bym chciał, żeby taka sytuacja była w moim mieście Zduńskiej Woli. Niestety, żadna z partii tworzących prawo w naszym kraju nie ma takiej woli politycznej .
Już na marginesie: w USA nie tylko czynnie uczestniczyłem w sesjach rady, pisałem też do kongresu i do Białego Domu (White House) w Waszyngtonie. Pisałem o różnych sprawach ,o języku urzędowym, o społeczeństwie. Zawsze otrzymałem odpowiedź. Choć moje wystąpienia często były krytyczne, nie miałem poczucia odrzucenia. Dzięki mojej aktywności otrzymywałem zaproszenia na inaugurację prezydencką, a nawet zostałem zaproszony na obiad z prezydentem Bushem . Tutaj wygląda to trochę inaczej. Nie chcę biernie przyglądać się temu, co nurtuje mnie w Polsce. Dlatego swoimi przemyśleniami dzieliłem się pisząc do kilku posłów z różnych partii. Niestety - bez słowa odpowiedzi.
To tyle na pierwszy raz, w następnych zapiskach chcę przekazać informacje i porównać sprawy: pracy i emerytur, prawa i policji, osiedli, czystości, oświaty i szkół, służby zdrowia, a na sam koniec wspomnę jak doszło do mojego wyjazdu .
Zduńska Wola, 2 marzec 2012r.
Andrzej Minkiewicz
Subskrybuj:
Posty (Atom)